niedziela, 27 lipca 2014

to co nas łączy, to nie jest takie sobie uczucie .

Powrót z rekolekcji, zwykle dość trudny, a tym razem trudny ale z innego względu, ciężko bedzie się od kilku rzeczy odzwyczaić.

To nie był łatwy czas, a wręcz przeciwnie, ale chyba widze jego plusy.. przynajmniej dla Nas. Uważam że dało to nam na prawdę  dużo.
Inaczej jest gdy spędzamy ze sobą kilka godzin w tygodniu a inaczej jak widzimy się praktycznie całą dobe przez 16 dni.. Widzimy Siebie w róznych sytuacjach. A podczas tych rekolekcji oj były ku temu okazje.

Byliśmy gdy było źle i płyneły łzy, gdy któreś z nas było na prawdę wkurzone, gdy były chwile dobre, w złym samopoczuciu i chwilach kompletnej bezradności.
I wytraliśmy w tym wszystkim chociaż nie raz nie dwa wcale nie było latwo, ale nigdy przez myśl mi nie przeszło by Go zostawić i pójść własną może niekiedy wydajemi mi się łatwiejszą drogą. Zdarzały się dosyć często ucieczki.. głownie z mojej strony, ale wiem z czym  powinnam walczyć.

Czuje że w jakiś dziwny i nie wytłumaczalny sposób bardzo mocno to nas do Siebie zbliżyło.

Dużo się nastłuchaliśmy o małżeństwie i tego typu rzeczach.. troche to przytłacza. Ale kolejny plus "dialog małżeński" nazwa brzmi strasznie.. ale potrzebowaliśmy tego w momencie otrzymania tego i myśle że jeszcze wiele razy nam się to przyda. Ogolnie poznanie Oazy Rodzin troche mnie przeraziło, ale jak wszędzie ludzie są rózni, jedni normalni drudzy troche mniej normalni.
Myśle że nie miałabym nic przeciwko by kiedyś spróbować..przynależności do DK ale na razie to plany na dość odległą przyszłość.

Minusem chyba jest to że czuje że mój poziom wiary spada a jednocześnie utrzymuje się na takim bezpiecznym poziomie, może własnie tak ma być, po prostu spokojnie ? Wiem jedynie że potrzebuje jakiś rekolekcji na których będe uczestnikiem, ale to się zobaczy.. i przy życiu w tej kwesti trzymają mnie jeszcze plany wrzesniowe.

najlepsze, co możesz zrobić, to znaleźć kogoś,
kto kocha cię taką, jaką jesteś.
W dobrym czy złym nastroju, ładną czy brzydką

piątek, 4 lipca 2014

Powiedz ze potrzebujesz mnie...

Zaczyna się od małych rzeczy... jako dzieci jeszcze wierzymy w idealny świat, wierzymy w to co mówią rodzice, ze jeżeli o czymś marzymy te marzenia się spełniają. Ze możemy być kim tylko chcemy, a to ze w to wierzymy i bardzo tego chcemy wystarczy by osiągnąć wyznaczony cel. Z wiekiem przekonujemy się ze tak nie jest,  okazuje się ze tysiące planów i marzeń musimy zakopać gdzieś głęboko. I najczęściej zapomnieć.. Zaczyna się od drobnych rzeczy, chęć posiadania lalki na która niestac rodziców, później niepojscie do szkoły baletowej z tego samego powodu, bądź nie pójście do szkoły muzycznej przez brak wiary rodziców we własne dziecko , z czasem przestają to być drobne rzeczy. Marzenie o akceptacji bądź o idealnych wynikach w nauce by zostać zalwazonym. Potem dochodzą kolejne plany, cele.. na które często już brak nam sił, myślimy o nich ale z góry zakładamy że nie mają sensu.. bo skoro tyle rzeczy już nie wyszło, to po co poraz kolejny zaprzątać sobie tym głowe.

Ile w tym jeszcze jest wiary?

Tak się poddajemy, bo poraz kolejny upadamy.. zakopane marzenia wiem dość brutalnie to ujme są takim kopaniem dołu na trumne..  z każdym kolejnym zrezygnowaniem dół się powiększa.. aż do momentu gdy wykopiemy go na odpowiednią głebokość i albo tam wpadniemy bądz w ostatnim momencie spróbojemy go zakopać.. 
Może to bez sensu, i chyba nie potrzebnie to wgl pisze.. 
Jest tyle pięknych chwil.. ten zachód slońca na który wlasnie patrze, bądz te pare niby zwykłych chwil spędzonych dzisiejszego dnia.. 
Ale chyba za bardzo mnie to boli, bo ile można miec sily na dąrzenie do swoich pragnień? 
Nie wiem czy mam ochote dalej walczyć o to co dotychczas było dla mnie oczywiste, może warto pozostać tu i teraz i nie starać się wymagać jeszcze więcej od zycia? 
 czasem odchodzę
znikam
na chwilę
Wracam czasem odrobine silniejsza... 



Przez większą część dnia towarzyszył chyba troche nie wytlumaczalny, ból i żal.. łzy.  Bo zawiodłam.. smutne, jak bardzo przywołuje to pewną sytuacje, a w sumie kilka sytuacji.. momentów które wprost mówily, że po co mam próbować.. skoro tak czy tak nic nie może mi wyjść. Ale chyba najbardziej nie odczuwam tego w kategorii zawiodłam siebie, ale Ją.. 
Tą która jako jedyna kiedyś we mnie wierzyła i pokładała nadzieje, która walczyła o mnie i uczyła mnie walki o innych i o samą siebie, która radzila sobie ze wszystkim jak nikt inny. 
I czuje że nie potrafie jej dorównać chociaż tak bardzo się staram.. To nigdy niestety nie będe nią, nie ważne jak dużo bym robiła, nie ważne jak bardzo bym się starała i jak bardzo była do niej podobna.. 

To dążenie do jakiegoś przeklętego ideału którym nigdy nie będe.. stawianie sobie poprzeczki wyżej niż  mogę skoczyć ale i tak bedę to robiłą, bo to też nadaje sensu mojemu życiu. 

 

 
Wspomnienia do pudełka i na samo dno
szafy. 


ps. Kocham Cię ! Pamiętaj o Tym :)